„Zdobyć zdjęcie” czy zdobyć czytelnika?
Posted on Luty 24, 2008 by MacKozer
Około dwóch miesięcy temu, czekając na pociąg do Łodzi na warszawskim dworcu centralnym zajrzałem do jednej ze znajdujących się tam księgarni by kupić sobie jakąś ciekawą książkę przy której zleci mi czas w drodze do domu. Mój wzrok przykuła okładka, na której widać scenę typową dla jakiejś wojny domowej – mężczyzna z kałasznikowem i leżąca przed nim grupa dziennikarzy celujących do niego z aparatów. Tytuł książki był także bardzo chwytliwy: „Zdobyć zdjęcie – Moja historia fotografii prasowej„. Niestety tytuł i okładka okazał się bardziej atrakcyjny od zawartości samej książki autorstwa John’a G. Morris’a. Sylwetkę autora znałem tylko na tyle, na ile przedstawił ją krótki opis na obwolucie, długoletni dziennikarz i fotoedytor pracujący dla New York Times‘a, Life, National Geographic czy dyrektor jednej z najsłynniejszych na świecie agencji fotograficznych – Magnum. Spodziewałem się więc książki, w której znajdę opisy i szczegóły pracy fotografików, którzy faktycznie zdobywają zdjęcie, wystawiając swoje obiektywy ponad linie frontu czy barykady, lub też poprzez drzwi domów, wchodząc niejako w normalne życie. Liczyłem także, że znajdę w tekście trochę inspirujących porad, które mogą być bardzo przydatne dla fotografika amatora jakim jestem. Skłamałbym pisząc, że w ogóle tych rzeczy w tych wspomnieniach nie znalazłem, jednak niestety stanowią one tylko mały procent zawartości tej książki. W większości są to bowiem wspomnienia fotoedytora – swego rodzaju pośrednika pomiędzy fotografikami a nami – czytelnikami. Jeśli już pojawiają się szczegóły samego zdobywania zdjęć przez fotografików, to są one niestety opisane nie przez autora zdjęć, a przez autora książki. Opisy techniczne ograniczają się w zasadzie do ogólnego wspomnienia marki aparatów, ilości obiektywów wykorzystywanych przez autorów, a niekiedy do sposobów w jakich udało im się zrobić niektóre zdjęcia. Do nielicznych należą też opisy samych warunków w jakich pracowali fotograficy, zwykle są to informacje bardzo ogólne. Autor skupia się bardziej na kolejach losu fotografików i dziennikarzy z którymi współpracował, poświęcając najwięcej miejsca tym najsłynniejszym, jednocześnie założycielom agencji Magnum. Czytelnik może więc zapoznać się z życiem Roberta Cappy – autora słynnego zdjęcia umierającego żołnierza, zrobionego podczas wojny domowej w Hiszpanii (pierwsze zdjęcie przedstawiające sam moment śmierci na polu bitwy) – jego rodziny, oraz innych nie mniej sławnych fotografików. Praca w warunkach wojennych zakończyła się dla wielu z nich tagicznie. Morris zagłębia się tez w szczegóły pracy redakcji gazet i czasopism (New York Time’s, Life czy National Geographic), opisując niekiedy te niewygodne dla image danej marki. Przykładem tego może być chociaż historia niespodziewanego wyrzucenia z pracy i z siedziby redakcji redaktora naczelnego National Geographic przez właściciela magazynu, przy użyciu osiłków z ochrony, co w latach kolejnych skutkowało odejście wielu wartościowych pracowników tego magazynu. Ciekawe, choć krótkie i podsumowujące są rozważania Morris’a na temat tego gdzie zaszła fotografia prasowa, oraz samych fotografików, z których wielu stało się zwykłymi paparazzi, pod presją potrzeb komercyjnych kolorowych magazynów, które nie chcą już prezentować czytelnikom ciekawych zdjęć ze świata, a jedynie ochłapy wydarte z życia tzw. celebrities. Autor zestawia obok siebie okładki dwóch wydań francuskiego brukowca Paris Match, które ukazały się w odstępie dwóch tygodni. Na jednym gazeta donosi o odkryciu romansu księżnej Diany, prezentując na okładce jej zdjęcia w objęciach Dodie Al-Fayed’a, podczas gdy numer wydany 2 tygodnie później – już po ich tragicznej śmierci - prezentuje jej czarno-biały portret.
W książce nie znajdziemy jednak oszałamiającej liczby fotografii, choć wśród tych wydrukowanych znajduje się kilka świetnych, oddających klimat i powagę chwili. Jest więc wspomniane wyżej zdjęcie umierającego żołnierza (autorstwa Roberta Cappy), zrozpaczonej zakonnicy ze statku Andora Doria, pacjenta zakładu dla umysłowo chorych w Haiti (obydwa autorstwa Gene Smith’a), kilka wstrząsających zdjęć z Wietnamu, czy łysej potylicy Nikity Chruszczowa stojącego pod pomnikiem Abrahama Lincolna (autorstwa Burt’a Glinn’a).
Książka jest niewątpliwie ciekawa. Moim zdaniem jednak tytuł nie pasuje do jej zdecydowanie wspomnieniowej i bardzo osobistej zawartości. Po ostatecznym zamknięciu książki pozostał we mnie niedosyt oraz rozczarowanie.
|
|
-
http://daneel75.wordpress.com daneel75
-
http://mike.jabbas.pl mike


