Chlew kontra porządek

Posted on Maj 18, 2008 by

Mieszkam w dużym mieście, które ma to nieszczęście, że posiada dwa kluby piłkarskie, których pseudokibice zwalczają się z największą zajadłością. Sam fakt ich wzajemnej do siebie nienawiści nie byłby jeszcze takim wielkim problemem. Niestety mniej lub bardziej prymitywni kibole robią z mojego miasta chlew. Chlew jak wiemy to miejsce zwykle brudne, śmierdzące, w którym człowiek zmusza do beznadziejnej egzystencji świnie, które naturalnie są czystymi zwierzętami. Można by rzec, że sam człowiek odpowiedzialny jest za brud i smród z jakim nierozłącznie kojarzone są te miejsca. W podobny sposób traktują swoje miasto pseudokibice, można by rzec, że wszystkie pokolenia od młodych do starych. Prymitywni rodzice płodzą dzieci, które wychowuje ulica, zamieniając ich w nastoletnie potworki szukające zaczepki, które nie potrafią sklecić ani jednego zdania w poprawnej polszczyźnie, za to są chodzącymi ekspertami wulgaryzmów. Nie uważam, że dzieci prymitywnych rodziców są genetycznie obciążone tępotą. Nie mają jednak szans, by nauczyć się jakiejś większej wrażliwości, ulica wlewa w nie nienawiść i jak żelazkiem prasuje fałdy ich mózgów odpowiedzialne za uczucia wyższe czy kulturę. Nie łączę też wspomnianego prymitywizmu z pozycją materialną i społeczną, nawet wykształcenie nie jest już teraz żadnym wyznacznikiem. Wracając jednak do sedna sprawy – wspomni pseudokibice noszą w sercach ignorancję zwaną nienawiścią – prymitywną potrzebę walki i niszczenia. Niestety odbija się to m.in. na mieście, w którymi mieszkam. Mury kamienic, bloków i szkół upstrzone są gwiazdami Dawida, najprymitywniejszymi wulgaryzmami nabazgranymi pod adresem jednego czy też drugiego klubu. Gdzie indziej koślawe litery nabazgrane ręką półanalfabety układają się w sentencje wyrażające dumę z okolicy, w której wszyscy są tylko za jednym słusznym klubem. Żadnego z nich nie martwi, że okolica w której mieszkają jest brudną i śmierdzącą ruiną. Nie martwi ich też to, że często te żenujące napisy niszczą ładną elewację. Nie są w stanie zrozumieć, że takie a nie inne wyrażenie swojej dumy szpeci ich sąsiedztwo i że jest to robienie z własnego domu wspomnianego już wyżej chlewu.

A przecież można inaczej. Nikt nie broni im nosić w sercu dumę i miłość do jedynego klubu. Piłka nożna jest namiętnością wielu. Można ją jednak wyrażać w taki sposób, by okolica na tym nie ucierpiała. Co więcej, jeśli któregokolwiek z pseudokibiców gryzła otaczająca ich brzydota, to przecież nieagresywne przygotowane ze smakiem graffiti wielbiące dany klub mogło by wprowadzić jakiś przyjemny element w szarej rzeczywistości. W moim mieście pewne ulice są zwykle w większości za jednym lub za drugim klubem. Jeśli na szarych domach pojawiłyby się ciekawe, niewulgarne graffiti wyrażające uwielbienie dla tych klubów, mogłoby to dodać tylko pewnego kolorytu czy miejskiego folkloru. Dziwię się, że tego typu inicjatywy nie podjęły istniejące w moim mieście kluby piłkarskie. Dziwię się, że władzom miasta nie przeszkadza bilans strat z pewnością większy od zysków i promocji jakie przynoszą obydwa zespoły (jeden z nich właśnie został zdeklasowany za przekręty korupcyjne).

Moje miasto nie jest jedynym, w którym antagonizmy pomiędzy kibicami i kibolami dwóch lokalnych klubów są tak duże. W niektórych miejscach na świecie kibicowanie temu a nie innemu klubowi oznacza przynależność narodową, a często religijną. Antagonizmy są o wiele bardziej poważne, często przez lata podlewane krwią ofiar lokalnego konfliktu na tle etnicznym, narodowościowym lub religijnym. Takim miastem jest np. Belfast, w którym miałem okazję gościć. Pomijając ciekawe i nadające kolorytu polityczne graffiti w obydwu dzielnicach po dwóch stronach barykady czyli linii pokoju oddzielającej Falls od Shankil, nie widać w nich aż tylu wulgaryzmów, ogromnych wulgarnych bazgrołów co w moim mieście. Ludzie starają się by ich kolorowa ekspresja nie szpeciła ich sąsiedztwa – z nielicznymi wyjątkami (w Shankil) nie robią ze swojej okolicy chlewu. Takie przynajmniej odniosłem wrażenia.

Moje miasto:
Łódź, Bałuty, ruina, rudera

Belfast:
Belfast, Irlandia, Irlandia Północna, Murals, Celtic FC

  • http://berzerk.pl btd

    Za duzo wymagasz od kiboli i nie bojmy sie tego powiedziec – ‘dolu’. U nas do prymitywizmu dochodzi myslenie czlowieka z komuny, ktore podobnie jak bieda i prymitywizm jest dziedziczone. Dlatego ich robienie chlewu ze swojego domu nie rusza.

  • http://www.mackozer.pl admin

    Problem w tym, że ten „dół” można spotkać także i u góry. Robienie chlewu i prymitywizm nie jest ograniczony do, ani równoznaczny z tzw. marginesem społecznym.

  • http://optysemista.digart.pl/ optysemista

    Od 20 lat nowa propaganda (gorsza niż za komuny, bo mniej wyczuwalna) zrzuca na nią wszystko. A moim zdaniem to brak elementarnego wyczucia estetyki i dbałości o krajobraz (również miejski) Polaków.
    To dopiero po wojnie (czyli za komuny) zaczęło się w Polsce planowanie urbanistyczne, choć w lipnym wydaniu, ale jednak.
    Wystarczy pojeździć po Czechach i Słowacji, żeby zobaczyć, że tam domy na wsiach trzymają się po 200-300 lat bo są po prostu remontowane. Poza tym u nich też była komuna, w jeszcze gorszym wydaniu niż u nas. I co?
    Problemem polskich miast (i wsi) są niekończące się przedmieścia i miliardy reklam zasłaniających pejzaże, co irytuje zwłaszcza na Podhalu. I tu znów – proszę odwiedzić słoweńskie Alpy (swoją drogą też kraj o przeszłości komunistycznej) i ocenić, porównać. To jest jakaś przepaść.
    Ale czy nie wynika to z tego, że kraje te były pod rządami germańskimi? Na dawnych ziemiach niemieckich w Polsce widać różnicę w porównaniu np. z Mazowszem.
    Zapraszam do obejrzenia moich fot z Bałut (pod wskazanym linkiem).